Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Henczyca (Wodziczna) Bożena - Zemsta prezesa

Spotkanie w remizie trwało już prawie dwie godziny. Niektórzy byli najwyraźniej zmęczeni ciągłym powtarzaniem tego samego. Inni, wręcz przeciwnie. Czuli się w swoim żywiole. Na zebranie miejscowej OSP przybyło wielu mieszkańców Wygnaniewa. Nie wszyscy byli członkami straży, ale ostatnie wydarzenia spowodowały, że ludzie zaczęli interesować się problemami ochrony przeciwpożarowej.
Minął zaledwie miesiąc od czasu, kiedy płonęła stodoła Jaśka Parcela. Miejscowi strażacy byli gotowi dopiero 15 minut po przybyciu straży z powiatu, a przecież tamci mieli ponad 20 kilometrów do przejechania. Dwa tygodnie później palił się stóg Stanisława Wyręby. Straż z Wygnaniewa w ogóle nie zareagowała, bo ktoś okradł strażnicę ze wszystkiego: mundurów, wężów, a nawet motopompy. Winą za niedopilnowanie sprzętu obarczono prezesa OSP, Janusza Jaraśkiewicza.
Nie dziwne więc, że na zebraniu zaproponowano zmianę prezesa, bo, jak twierdzili mieszkańcy Wygnaniewa, dotychczasowy szef straży nie potrafił ani dopilnować mienia, ani przyjechać na czas do pożaru. Januszowi zarzucano szereg nieprawidłowości i zaniedbań.
- Jak to jest, że w ciągu 10 lat nie było u nas żadnego pożaru, a tu raptem aż dwa? - krzyczał Zenek Pośpieszny.
- Przecież to nie moja wina, że się paliło... - próbował tłumaczyć Janusz Jaraśkiewicz, ale nikt go nie słuchał.
- To my płacimy co roku na straż po 2 zł za kalendarze, niektórzy dają nawet więcej, a prezes pozwolił ukraść wszystko!!! - krzyczeli ludzie.
- Prezes jest do niczego!
- Nie potrzeba nam patałacha!!
Po kilku minutach krzyków skierowanych pod adresem Janusza, sołtys postanowił zabrać głos. Słuchając głosów mieszkańców Wygnaniewa podjął decyzję. Wiedział, że nie było sensu tłumaczyć, że pewne rzeczy dzieją się wbrew wysiłkom i staraniom ludzi. A poza tym i tak już wszyscy byli przeciwko Januszowi Jaraśkiewiczowi. No i musiał też myśleć o swojej przyszłości. Jeśli cała wieś była przeciwko Januszowi, sołtys nie miał wyjścia. W końcu jest głosem ludu. Wstał i niemalże natychmiast zrobiło się w sali cicho.
- No to w takim razie... - zaczął sołtys Pazurek i nie patrząc na Janusza dodał: - Trzeba by wybrać nowego prezesa.
- Tak jest!!! - wszyscy zaczęli klaskać. Oprócz Janusza, który poczuł się jak zbity pies. Czuł ogromy żal do sołtysa i wszystkich mieszkańców Wygnaniewa. - Mało to razy prosiłem gminę o pieniądze, żeby zabezpieczyć remizę? - myślał gorzko - Zawsze odchodziłem z kwitkiem. A co oni sobie myślą, że dawali po dwa złote i to miało wystarczyć?
Janusz był prezesem przez 15 lat i zawsze było dobrze, wszyscy go chwalili. Aż tu nagle okazało się, że jest do niczego... W sercu Janusza zaczęła kiełkować żal, złość i w końcu malutka zadra nienawiści do ludzi z Wygnaniewa, dotąd przez niego lubianych. Siedział zgarbiony, ze spuszczoną głową. Zresztą to nie było istotne. I tak nikt na niego nie patrzył. Ludzie w sali żyli już nową sprawą: mieli wybrać nowy zarząd straży.
- Myślę, że dobrze by było, gdyby prezesem został Zenek Pośpieszny - zaproponował sołtys. Wszyscy wiedzieli, że sołtys z Zenkiem robią razem jakieś interesy. Poza tym schodzą się co niedziela z żonami i dziećmi. Ale, tak na rozum, Zenek jest obrotny i mądry. Zna się na tylu rzeczach. Z poparciem sołtysa na pewno w straży będzie się dobrze działo - myśleli mieszkańcy Wygnaniewa, toteż wszyscy przyklasnęli propozycji sołtysa. Potem na komendanta wybrali Stanisława Wyrębę, a na skarbnika Macieja Przygodę. Do zarządu weszło jeszcze kilka osób. Szybko zorganizowano zbiórkę pieniędzy na zakup nowego sprzętu. Janusz patrzył z nienawiścią, jak ludzie wyciągają po 10, 20 a nawet 50 zł i dają nowemu skarbnikowi. W sumie uzbierało się prawie tysiąc złotych. – A jak ja prosiłem o wsparcie, to nikt nie chciał dać – myślał Janusz. – Mówili, że wszystko przechlejemy.
- Dziękuję wszystkim za hojność – powiedział poważnie nowy prezes, który czuł się bardzo ważny. – Jutro pojadę do gminy, żeby zdobyć jeszcze jakieś pieniądze. Idzie lato, zrobimy festyn - będą znowu pieniądze. Szybko kupimy nowy sprzęt i będziemy bezpieczni.
- Tak jest! - odezwały się głosy z sali.
- No, a teraz zapraszam wszystkich na piwo. Stawiam z własnej kieszeni — dodał Zenek Pośpieszny, co wywołało huraganowe wprost oklaski.
Wysłano do knajpy Piotrka Cichego po skrzynkę piwa i dalej rozprawiano nad świetlaną przyszłością wygnaniewskiej straży. Kobiety, które przyszły na zebranie zaczęły się rozchodzić, nakazując swoim mężom, aby jak najszybciej przyszli do domów. Tak się oczywiście stało tylko w niewielu przypadkach. Panowie do późnych godzin świętowali powstanie nowej, mądrej i zdyscyplinowanej OSP. Wśród entuzjastów i sympatyków nowego prezesa nie było tylko Janusza Jaraśkiewicza. Wyszedł jeszcze zanim panie zdecydowały się opuścić zebranie. Poszedł najpierw do knajpy, kupił pół litra wódki, a później zamknął się w swojej stodole.

Janusz Jaraśkiewicz miał 45 lat i dotychczas uważał swoje życie za udane. Miał 20-hektarowe pole, parę świń, żona urodziła mu troje zdrowych dzieci i jakoś się żyło. Może nie w luksusach, ale na chleb nie brakowało. Janusz bardzo interesował się sportem. Swego czasu chciał nawet założyć drużynę piłkarską w Wygnaniewie, ale nie było tylu chętnych. Jego przywódcze ambicje zaspokoiła funkcja prezesa OSP. Stało się to właściwie przypadkiem. Przed 16 laty, podczas zebrania strażaków powiedział, że naprawi za darmo Żuka (miał akurat części). Potem jeszcze dał farbę na pomalowanie remizy i tak się jakoś utarło we wsi, że Jaraśkiewicz będzie doskonale sprawował się jako prezes. Podczas następnych wyborów Jasiek został szefem straży. Od tej pory był ważny jak sołtys, czy przewodnicząca KGW - Marysia Kłębek. Wszyscy zwracali się do niego z szacunkiem i pytali o zdanie w najważniejszych sprawach wsi. Straż za jego kadencji miała się dobrze, pożarów nie było. A tu nagle taka seria i jeszcze kradzież. Przecież to nie on podpalał. Poza tym nikt na zebraniu nie powiedział, że za pierwszym razem tak późno dotarli do pożaru, bo jak wyjeżdżali z garażu, to dwa koła poszły. I musieli zmieniać. Janusz podejrzewał, że i pożary, i kradzież nie były dziełem przypadku. Po przeanalizowaniu wszystkiego był wręcz tego pewien. Chciał to poruszyć na zebraniu, ale nie miał żadnych szans, bo nagle wszyscy stwierdzili, że to jego wina i nikt nie chciał go słuchać. To, nie! - myślał. - Łaski od chamów nie potrzebuję. Siedział w ciemniej stodole, do jego nóg łasił się pies. Żona go wołała na kolację, ale udawał, że nie słyszy. Pił wódkę ze szklanki i rozpamiętywał, ile to pomógł wszystkim z Wygnaniewa, a oni go teraz tak zaszczuli. Jak Heniek Pośpieszny umarł i osierocił pięcioro dzieci, to on zrobił zbiórkę na węgiel na zimę, zresztą ze swojej kieszeni dał 200 zł, żeby wdowa z dziećmi miała ciepło. Jak Kaśce Muszyńskiej dach zerwało, to przecież on namówił szwagra, co ma firmę, żeby jej ten dach za darmo zrobił. Szkole też pomagał i kole gospodyń. - Wszystkim pomagałem, a oni mi tak podziękowali. Ja im pokażę! — wygrażał się z żalem w swoich myślach. Im był bliżej końca butelki, tym zła myśl coraz silniej zakorzeniała się w umyśle Janusza. Powoli opracowywał plan zemsty na wyganieckich mieszkańcach, a w szczególności na nowym zarządzie straży i sołtysie. - Oni mnie zdegradowali – tłumaczył sobie tłumiąc w ten sposób resztki sumienia. Zasnął tuż przed wypiciem ostatniej szklanki wódki. Śniły mu się pożary, w których płonęli ludzie ze wsi. A on się szaleńczo śmiał. Obudził się zlany potem. Trząsł się ze strachu i z zimna. Ale, plan zemsty pozostał w jego umyśle.
Minęło kilka miesięcy i wszyscy zapomnieli już o sprawie pożarów i wyborze nowego prezesa. Życie wróciło do normy. Tylko Janusz nie mógł zapomnieć o tym, co wydarzyło się wiele tygodni temu. Od czasu, gdy przestał być prezesem straży, zrobił się milczący, nietowarzyski i gburowaty. Prawie do nikogo we wsi się nie odzywał. Żonie kazał po zakupy jeździć samochodem do sąsiedniej wsi, żeby nie plotkowała z babami, które pewnie tylko czekały, aby się z ich rodziny wyśmiewać. Dzieciom zabronił spotykać się po szkole z kolegami. Pomimo protestów ze strony rodziny Janusz był nieugięty. Zdziczał - wszyscy mówili. Zastanawiali się, dlaczego, ale nikomu jakoś nie przyszło do głowy, że Janusz zmienił się od czasu, gdy przestał być prezesem.
Tego dnia wszyscy w Wygnaniewie oczekiwali na godzinę 14.00. O tej bowiem porze wychodziła za mąż córka sołtysa — Halinka. Wesele miało być olbrzymie. Zaproszono ponad 150 osób. Córka sołtysa wychodziła za mąż za właściciela kilku sklepów. Poznała go na jakimś przyjęciu. Halinka była ładna, wykształcona i mądra. Sołtys Pazurek był bardzo dumny ze swojej jedynaczki. Odkąd Halinka skończyła 10 lat zaczął zbierać na jej wesele. Córka najpierw skończyła studia geograficzne, a następnie przywiozła do domu kandydata na męża. Krzysztof przypadł Pazurkom od razu do gustu. Pazurkowa chwaliła się we wsi, jakiego to świetnego zięcia będzie mieć. Przygotowania do wesela trwały bardzo długo, ale Halinka chciała, żeby jej wesele pamiętali wszyscy.
Do kościoła para młodych pojechała bryczką. Świątynia wprost tonęła w kwiatach. Mszę odprawiało 4 księży (dwóch było z rodziny Pazurków). Po mszy orszak weselnych gości udał się do sali OSP, która była nie do poznania. Sołtys namówił prezesa — Zenka Pośpiesznego, żeby odmalował salę, co ten też zrobił. Poza tym salę ustrojono wręcz niebiańsko. Wszystko tonęło w czerwonych różach: stoły, krzesła, sufit, okna... Kwiaty pewnie kosztowały majątek, ale tak chciała Halinka, więc Pazurek pojechał na giełdę, i kupił 500 róż. Resztę kwiatów Halinka zrobiła razem z koleżankami z bibuły. Panna Młoda miała suknię sprowadzoną z Warszawy. Takiej nikt nigdy we wsi nie miał i pewnie nie będzie miał. Kosztowała 7 tys. zł. Prawie wszyscy zazdrościli Pazurkom, że stać ich na takie wesele. Córki i zięcia też zazdrościli. Ale to nie przeszkadzało im, aby przyjść po obiedzie na tyły remizy, gdzie Pazurek wystawił kilka ław dla mieszkańców wsi. Na ławach postawił kiełbasę, mięso, placek i wódkę. Tak więc na weselu córki sołtysa bawiła się cała wieś. Oprócz Janusza Jaraśkiewicza.
O weselu córki sołtysa Janusz dowiedział się dwa miesiące temu. Od tego czasu w jego głowie zaczął się układać precyzyjny plan zemsty. A zemsta na Pazurku była oczywista. Nie zawracał sobie nawet głowy kwestią moralną czynu, choć był głęboko wierzący. Pan Bóg przecież go rozumie - myślał. Ale noc przed weselem nie potrafił zmrużyć oka. Czuł się dziwne. Z jednej strony resztki sumienia pytały, czy to jest uczciwe, a z drugiej strony rozpierało go radosne podniecenie, że nareszcie się zemści.
W dniu wesela siedział od rana w domu przy stole w kuchni. Kazał żonie, choć ta protestowała, iść do chlewa i obory, i dać jeść zwierzętom. Ryknął na nią i Hanka wolała mu się usunąć z oczu, bo Janusz rzeczywiście zdziwaczał. Stał się obcy nawet dla niej. Hanka zaczynała się bać człowieka, którego kochała. Nie wiedziała co mu jest, a on nie chciał nawet z nią rozmawiać. Mogła tylko płakać po kątach, bo nawet wyżalić się nie miała komu.
Janusz siedział do wieczora w kuchni. Kiedy się ściemniło postanowił iść zobaczyć, jak bawi się wieś na weselu.
- Gdzie idziesz o tej porze? - spytała Hanka niepewnie, bo Janusz milczał przez cały dzień. Tym razem też nic nie odpowiedział, tylko wstał i trzasnąwszy drzwiami wyszedł z domu.
Hanka znów zaczęła płakać. Nie mogła pojąć, dlaczego jej surowy, ale kochający mąż zmienił się w potwora.
Janusz tymczasem zakradł się w gęste krzaki okalające tyły remizy i patrzył jak całe Wygnaniewo świętuje. Wśród biesiadników byli prawie wszyscy ze straży. Oczywiście oprócz zarządu, bo ci to byli goście weselni i siedzieli w środku. - Żrą i chleją jak świnie - myślał. - Żałosne śmiecie. Gnoje. Ale już za kilka godzin zobaczą, gdzie jest ich miejsce i kto tu rządzi.
Janusz siedział w krzakach sporo czasu i choć cały zdrętwiał, dalej napawał się widokiem głupich pijackich gęb i ich nieświadomością. W pewnym momencie wyszedł pijany Zenek Pośpieszny.
- Niech żyje nam prezes OSP! - zaczęli śpiewać pijani mieszkańcy Wygnaniewa, a Zenek stał i uśmiechał się, jakby był przynajmniej królem wsi. Janusz popatrzył triumfalnie na Zenka i zaczął wycofywać się z krzaków myśląc o tym, że już niedługo nikomu nie będzie tak do śmiechu, jak teraz. Wrócił do swojego gospodarstwa i poszedł do stodoły. Wyciągnął 10-litrowy baniak z benzyną i zapałki. Postawił to przed wejściem do domu i poszedł się przebrać. Wszedł do pokoju, w którym spała żona i zaczął szukać w szafie czarnego swetra. Nie zachowywał się zbyt cicho toteż Hanka przebudziła się i patrzyła wystraszona na męża. Janusz założył sweter i wyszedł. Kiedy Hanka usłyszała trzaśnięcie wyjściowych drzwi, szybko wyskoczyła z łóżka i narzuciła na koszulę płaszcz. Postanowiła go śledzić, bo miała nadzieję, że rozwiąże w końcu zagadkę niezrozumiałego dla niej zachowania męża.
Janusz schował w worku naszykowany baniak z benzyną i skierował się na tyły gospodarstwa. Potem skręcił w lewo i polną ścieżką szedł prosto przed siebie. Noc była wyjątkowo ciemna, ciężkie chmury zasłaniały księżyc. Jak nic zanosiło się na deszcz. Hanka nie musiała się szczególnie wysilać, żeby być niewidoczną. Szła po trawie więc jej kroki były prawie niesłyszalne. Pilnowała, żeby nie stracić z oczu męża, co nie było trudne, bo ten nie zachowywał się zbyt cicho. W pewnym momencie Janusz nagle skręcił w prawo. Hanka próbowała zorientować się, gdzie jest, ale było tak ciemno, że nie udało się jej to. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy zbliżyli się do zabudowań, spostrzegła, że Janusz idzie w kierunku gospodarstwa sołtysa. Po kilkunastu krokach, niedaleko stodoły Pazurka, Janusz stanął i rozejrzał się wokoło. Hanka szybko przykucnęła. Potem długo nie działo się nic. Janusz stał bez ruchu, a i Hanka się nie ruszała. Kiedy Hanka pomyślała, że dłużej nie wytrzyma w tej pozycji, Janusz nagle wyjął z worka baniak i podszedł do stodoły, którą zaczął oblewać benzyną. Przez chwilę wahał się, ale w końcu zdecydował, że wejdzie do środka. Otworzył małe, tylne drzwi stodoły, żeby polać benzyną wszystko co jest w środku. Tak, żeby na pewno spłonęła cała stodoła. Drzwi strasznie zaskrzypiały. Janusz zamarł, bo w środku usłyszał jakiś ruch. Po chwili dało się słyszeć, jak ktoś pospiesznie ubiera się a potem dwie osoby wybiegają ze stodoły frontowymi drzwiami. Ponieważ z drugiej strony świeciło się światło od domu Pazurka, Janusz w ciemnych postaciach rozpoznał Zenka Pośpiesznego i Krysią Jańską. Zenek jeszcze się odwrócił, ale raczej nie zauważył postaci Janusza. Było zbyt ciemno. - To ci gnój, żona pilnuje dzieci na weselu, a ten się zabawia - pomyślał Janusz. - Szkoda, że uciekli. Tacy to tylko do spalenia się nadają.
Wiedział, że Zenek i Krysia nie powiedzą, że coś słyszeli w stodole, bo się wyda ich zdrada. Janusz poczuł się bardzo swobodnie i spokojnie oblał tak stodołę, żeby nie było co ratować.
Hanka tymczasem przesunęła się między drzewa a stertę słomy, żeby lepiej widzieć, i zastanawiała się co Janusz tam robi tyle czasu. Ze strachem, myślała, że może co kradnie sołtysowi. Potem znów wpadło jej do głowy, że może mąż ją zdradza, ale nie bardzo wiedziała z kim, bo przecież stodoła była sołtysa, a wszyscy od niego bawili się na weselu. Wreszcie usłyszała jak Janusz wychodzi ze stodoły. Kiedy zobaczyła twarz Janusza w świetle zapałki, którą odpalił zrozumiała wreszcie, po co mąż zakradł się do Pazurków. Serce niemalże jej stanęło. Nie wiedziała, co ma robić. Czy uciekać, wołać o pomoc, czy powstrzymać męża. Jak skamieniała, tkwiła dalej bez ruchu. Janusz rzucił kilka zapałek i nie patrząc na zapalającą się stodołę odszedł w stronę domu z wysoko podniesioną głową. Hanka odzyskała zdolność ruchu dopiero, kiedy ogień zaczął sięgać dachu. W tym momencie usłyszała też odległe krzyki po drugiej stronie stodoły. Zaczęła szybko biec. Kilka razy się przewróciła raniąc nogi o kamienie. Niemalże bez tchu wbiegła do domu. Janusza nadal nie było. Hanka, drżąc cała, położyła się do łóżka i zaczęła bezgłośnie płakać.
Janusz tymczasem siedział w stodole. Pił wódkę za udane przedsięwzięcie i upajał się dźwiękiem syren strażackich, krzyków i nawoływań. Nie musiał tego wszystkiego oglądać, bo wystarczająco długo był strażakiem, żeby wiedzieć, jak to wygląda. Cóż, jego wyobrażenia były prawie identyczne z rzeczywistością. Miejscowa straż oczywiście nie dojechała, bo wszyscy byli pijani. Ta z powiatu dojechała po półtorej godzinie, bo tak się złożyło, że było kilka pożarów w terenie. Takiej nocy w Wygnaniewie już dawno nikt nie pamiętał. Jedni weselnicy byli przerażeni, a inni źli, że przez ten pożar już po weselu, a przecież była dopiero 11 w nocy. Pazurkowie milczeli wstrząśnięci. A panna młoda? Nigdy tak nie płakała, jak tej nocy. Wesele, to była pierwsza rzecz, która jej się nie udała. W końcu wpadła w histerię i musiało do niej przyjechać pogotowie. Resztę wesela spędziła w szpitalu. Spłonęła cała stodoła i budynek gospodarczy z 50 świniami. - Takie nieszczęście - mówiono potem przez kilka tygodni we wsi, co tam, w całej gminie. Tylko Zenek i Kryśka milczeli. Przecież mogli złapać podpalacza za rękę, albo chociaż powiedzieć, żeby psa sprowadzić z policji, to by wytropił. Ale przecież nie mogli, bo by się wydało, co robili razem w stodole. Od tej pory Zenek z Kryśką nawet nie patrzyli na siebie. Mieli wyrzuty sumienia.
Żona Janusza, choć znała tajemnicę męża, nic nie mówiła. Po tym podpaleniu zrozumiała, że jej mąż jest niebezpieczny. Zaczęła się go bać coraz bardziej. Najbardziej bała się o dzieci. Ale nadal nie wiedziała, co ma robić. Nawet nie miała dokąd iść, bo rodzice nie żyli, a ona była jedynaczką. 
Minęło lato, potem jesień i nadeszła zima. Święta zbliżały się wielkimi krokami. Wszyscy już zapomnieli o pożarze na weselu córki sołtysa. Mieszkańcy Wygnaniewa coraz mniej spędzali razem czasu, bo wieczór tak szybko nadchodził i wszyscy siedzieli w domach. A potem nadeszły święta Bożego Narodzenia. Prawie do wszystkich przyjechali krewni. Tylko nie do Janusza. Zadzwonił do siostry i brata, żeby nie przyjeżdżali, bo dzieci chore i nikomu w głowie świętowanie. Rodzeństwo nieco się zdziwiło, bo przecież zawsze przyjeżdżali, ale, co tam, pomyśleli, każdemu teraz ciężko, a tu jeszcze dwie rodziny przez kilka dni wyżywić, to przecież wydatek. Hance było smutno. Tak lubiła gości w domu. Było wtedy wesoło, gwarno. A ona mogła pochwalić się doskonałym gotowaniem, co było zresztą jej hobby. W tym roku święta miały być smutne. Janusz nie chciał nawet przywieźć dzieciom choinki z lasu. Zabronił też kupowania prezentów. Hanka chodziła z kąta w kąt i płakała. Coraz bardziej była zrozpaczona tym, co działo się w jej domu. Nie wiedziała jak temu zaradzić. Janusz zachowywał się jak obcy człowiek. Już prawie w ogóle nie rozmawiali.
Wigilia u Jaraśkiewiczów była bardzo skromna. Zaledwie trzy tradycyjne potrawy: pierogi, śledź w śmietanie i ziemniaki. Chciała zrobić makiełki, ale Janusz bez słowa wyrzucił jej miskę z prawie gotowym daniem. O karpia nawet nie pytała. Najbardziej to było jej żal dzieci, które snuły się po domu i pytały, kiedy przyjdzie Mikołaj. Hanka tłumaczyła, że w tym roku Mikołaj chyba nie przyjdzie, bo poszedł do dzieci z domów dziecka. Maluchy jednak wciąż wypatrywały gościa z prezentami. W końcu Janusz na nich krzyknął i dzieci zaczęły płakać. Hanka nie wytrzymała i też płakała. Janusz wstał wtedy, uderzył ją w twarz i wyszedł. I to był właściwie koniec Wigilii. Hanka na pasterkę nie poszła, bo miała dużego siniaka pod okiem.
Janusz wyszedł z domu i poszedł do stodoły. W Wigilię postanowił zrealizować kolejną zemstę. Tym, razem na Zenku Pośpiesznym. Przygotował baniak z benzyną, wziął zapałki do kieszeni i czekał aż dzwony zaczną bić na pasterkę. W końcu odezwały się. Janusz wyszedł ze stodoły i polami ruszył do gospodarstwa Zenka. Światło w domu Pośpiesznych było zgaszone. -  Oho, poszli już na pasterkę – pomyślał. Nie spiesząc się, Janusz podszedł do stodoły i zaczął polewać ją benzyną. Śniegu w tym roku nie było, więc śladów nie zostawi. Kiedy podpalił stodołę wyszedł główną bramą na ulicę i skierował się prosto do kościoła, w którym panował straszny ścisk. Ksiądz zbliżał się powoli do kazania. Janusz wszedł, o ironio! minął Zenka i stanął obok bocznej ściany.
- Ukochani! Dziś ponownie narodził się Chrystus w naszych sercach - zaczął kazanie ks. Bartosz. W tym momencie rozległ się dźwięk syren strażackich. Kilku ludzi stojących przy wejściu wybiegło. Również Zenek. Ktoś podszedł do księdza i coś powiedział mu na ucho.
- Proszę, aby wyszli na zewnątrz wszyscy strażacy i rodzina Pośpiesznych — powiedział ksiądz. Po kościele przeleciał szmer, że pali się u Zenka. Wszyscy wkoło zaczęli szeptać. Tylko Janusz stał nieporuszony, z lekkim uśmiechem na twarzy.
Kiedy Hanka usłyszała syreny, wiedziała, że jej mąż znów kogoś podpalił. Dzieci z buźkami całymi od łez już spały. A ona sama zasnąć nie mogła. Jej myśli były czarne od rozpaczy.
Zenek wybiegł z kościoła i zobaczył z daleka, że pali się jego gospodarstwo. Zrobiło mu się słabo. Ale przezwyciężył niedowład nóg i zaczął biec w stronę domu. Na miejscu rzutem oka ocenił, że za dużo już się nie uratuje. Straż musi polewać dom, żeby i on nie spłonął. Stodoła, chlew, garaż z samochodem - to wszystko już za bardzo płonęło. Kiedy tak patrzył na ogień, który niemiłosiernie grzał, pomyślał, że to nie był przypadek. Może Janusz Jaraśkiewicz podpalił? W końcu przyszedł spóźniony do kościoła. Może wtedy u sołtysa to był też Janusz? Jak wtedy ktoś wszedł do stodoły, to sylwetka wydała mu się znajoma. Zenek z komórki zadzwonił na policję. Ta zjawiła się po godzinie. Z psem tropiącym. Pies złapał trop przed stodołą. Poszedł w kierunku bramy. Potem chodnikiem do kościoła. Niestety, przed drzwiami kościoła zgubił trop, bo za dużo osób tamtędy weszło.
Wszyscy żałowali Zenka. Przypomnieli sobie pożar u Pazurka i zaczęli rzucać podejrzenia na różne osoby. O Januszu też mówili. Że zdziczał, odsunął się od wszystkich, że to na pewno jego sprawka. Ale wszyscy tylko tak szeptali. Nikt nie miał dowodów. Trwało to wszystko ok. miesiąca. Potem powoli ludzie zaczynali zapominać. Oczywiście Zenek miał o pożarze żywo pamiętać do końca życia, ale reszta miała w końcu swoje sprawy na głowie.
Janusz był zadowolony. Już dwóch pomścił. Tych najgorszych. Jeszcze dwóch zostało. Stanisław Wyręba i Maciej Przygoda. Na samą myśl o kolejnej zemście czuł podniecenie. Ale uspokajał sam siebie. – Powoli – myślał. – Mam czas, przecież się nie pali. Aż zaśmiał się w duchu ze swojego żartu. Janusz mógł czekać bardzo długo na okazję. Miesiące a nawet lata. Dla tej wielkiej satysfakcji po kolejnej zemście warto być cierpliwym.
Hanka zastanawiała się coraz poważniej nad swoją sytuacją. Jej życie zmieniło się w prawdziwą gehennę. Za mąż wychodziła z miłości i długo była szczęśliwa. A potem wszystko legło w gruzach. Teraz Janusz nie odzywał się do niej, a ona przeraźliwie się go bała. Bił ją co kilka dni. Właściwie za nic. Bo, czy obiad podany 10 minut później, albo zbyt gorąca zupa, to powód, żeby była bita ręką, pasem, albo kablem? Najgorszy nie był ból, ale to, że temu wszystkiemu przyglądały się dzieci. Zresztą one też były bite. Straciły radość dzieciństwa, były osowiałe i krzyczały po nocach. Hanka nie wiedziała co robić. Chciała wyspowiadać się księdzu, ale Janusz powiedział, że ją zabije jak pójdzie do kościoła. Była przerażona, zrozpaczona i bezradna.
Wiosną nadarzyła się okazja do kolejnej zemsty. Tym razem na Macieju, który z rodziną wyjechał do Krakowa na pogrzeb matki. Gospodarstwo zostawił same. Poprosił sąsiada, żeby doglądał obejścia i karmił zwierzęta. Ten zgodził się bez zbędnych ceregieli, bo często tak się wyręczali. Janusz miał aż trzy dni na zrealizowanie zemsty. Był w luksusowej sytuacji. Poszedł w nocy do gospodarstwa Macieja i spokojnie podpalił wszystko co się dało. Kiedy rzucił drugą zapałkę zorientował się, że zgubił zegarek. Nie chodziło o to, że był to prezent od żony na pierwszą rocznicę ślubu, tylko, że było tam wygrawerowane: „Dla ukochanego Janusza od żony Hanki”. Pochodził trochę wkoło, ale nic nie znalazł. Do środka bał się wejść, już zaczynało się palić. Pocieszał się, że zegarek został w środku. Poszedł w końcu do domu, bo ludzie zaczynali krzyczeć, że się pali.
Janusz siedział w stodole i martwił się zgubionym zegarkiem. Pił wódkę za kolejną zemstę, ale w środku czuł niepokój. Jeśli znajdą zegarek, to po nim. Ale jeśli zgubił go w środku, to temperatura ognia stopiła go. W końcu zezłościł się na Hankę, że dała mu taki kretyński prezent. Wrócił do domu, wytargał z łóżka śpiącą żonę i pobił ją. Bił pięściami po twarzy, kopał gdzie popadło. W końcu opadł bez sił. Zasnął prawie natychmiast.
Hanka długo płakała. Siedziała po ciemku w kuchni i użalała się nad swoim losem. Po raz kolejny zastanawiała się, dlaczego taki diabeł wstąpił w jej męża. Wiedziała, że nie ma dokąd pójść, tym bardziej z trójką dzieci. Ale przecież musiało być jakieś wyjście. Im dłużej myślała, tym bardziej była pewna tylko jednego. To Wygnaniewo tak działa na Janusza. To miejsce i ci ludzie. Dobrowolnie Janusz stąd nie odejdzie. Kiedy zaczynało świtać, Hanka już nie płakała. Wiedziała, jak zmusić męża do wyjazdu. W oczach miała dziwny blask. W sercu pewność, że tylko w ten sposób uratuje dzieci, siebie i męża.
Tydzień później Maciej Przygoda chodził wkoło swojego gospodarstwa, z którego zostały zgliszcza i wciąż płakał. Cały dorobek jego życia spłonął w jedną noc. Dobrze, że dom ocalał, chociaż i tak trzeba będzie położyć nowy dach. Szukał śladów podpalacza. Może coś znajdzie – myślał. Grzebał kijem w popiele i nie mógł pogodzić się ze stratą. Nagle coś mu błysnęło. Pochylił się i z popiołu wygrzebał zegarek Janusza. – To i Janusz pomagał gasić pożar – pomyślał zdumiony. Schował zegarek do kieszeni i szukał dalej czegoś, co pozwoliłoby mu zidentyfikować podpalacza. O zegarku zapomniał. Przypomniało mu się o nim, kiedy dwa dni później stał przy płocie z Zenkiem Pośpiesznym i po raz kolejny rozmawiali o pożarze. Maciej włożył rękę do kieszeni, żeby wyjąć papierosy i namacał zegarek. Wyjął go i powiedział do Zenka:
- Zenek, patrz, co znalazłem w popiele. Nawet Janusz pomagał gasić pożar.
Zenek zdębiał. Przy pożarze z całą pewnością Janusza nie było. Dotarło do niego, że wtedy w stodole, jak był z Krysią, to też był Janusz. Tydzień po weselu córki sołtysa spotkał Janusza i ten go spytał z głupim uśmieszkiem, co słychać u Kryśki. Ale wtedy myślał, że to przypadek. A teraz wiedział już, że jego gospodarstwo też Janusz podpalił. Zenek nie wiedział co ma zrobić. Zdawał sobie sprawę, że ten zegarek, to słaby dowód, a o tamtym wieczorze, kiedy był z Kryśką nie może nikomu powiedzieć. Z drugiej strony, jeśli Zenek nic nie zrobi, Janusz znów kogoś podpali. A przecież dość już krzywdy i łez ludzkich. Zenek myślał o tym dwa dni, nocami nie spał. W końcu postanowił udać się do sołtysa. Jemu powie całą prawdę. W końcu to i sołtys, i przyjaciel, przed żoną się nie wygada, a we dwóch, to już chyba coś wymyślą.
Sołtys wysłuchał Zenka z uwagą. Wszystko się zgadzało. Po długiej naradzie postanowili iść do Janusza, pokazać mu zegarek i powiedzieć, że o wszystkim wiedzą. A potem zobaczą, jak się Janusz zachowa.
Od rana Janusz był w polu. Miał dużo pracy, ale nie narzekał. Miał czym zająć myśli, bo ciągle gnębił go zgubiony zegarek, chociaż pocieszał się, że jeśli do tej pory nie znaleźli, to już nie znajdą. Nagle usłyszał z oddali dźwięk syren strażackich. – Pali się – pomyślał z satysfakcją. – Ciekawe kogo teraz bez mojej pomocy sam Bóg ukarał?
Poorał jeszcze chwilę i nie wytrzymał. Był zbyt ciekaw tego, co dzieje się teraz we wsi. Wsiadł do ciągnika i ruszył w stronę swojego domu. Im bardziej się zbliżał, tym wyraźniej widział dym. Widok zasłaniała mu jego stodoła. - Gdzieś blisko nas – myślał. – Może sąsiad?
Zenek i sołtys szli właśnie do Janusza kiedy zaczęły wyć syreny. Przeraźliwy dźwięk przestraszył ich. Zaczęli biec w stronę remizy, która była zresztą niedaleko gospodarstwa Janusza. Kiedy przebiegli kilkadziesiąt metrów, zobaczyli, że płonie dom Jaraśkiewiczów. 
Kiedy Janusz zjechał na drogę polną zrozumiał, że pali się u niego. Zatrzymał ciągnik i co sił w nogach zaczął biec w kierunku domu. Przerażony myślał o Hance i dzieciach, o świniach i krowach, o garażu z samochodem... Kiedy wbiegł na podwórko zamarł z przerażenia. Jego dom stał w płomieniach, szyby w oknach strzelały jak fajerwerki, papa na dachu syczała, a wkoło biegali ludzie z wiadrami. Janusz zaczął kręcić się w kółko bez celu krzycząc coś niewyraźnie. Łapał ludzi za ręce, chciał biec do płonącego domu, potykał się. Nagle zobaczył pod płotem Halinkę z dzieciakami. Dzieci przeraźliwie płakały, a żona stała niewzruszona i patrzyła się na palący się dom. Na jej twarzy gościł przedziwny spokój, jakby myślała z ulgą: „Nareszcie”. Obok niej leżało krzesło, kołdra i parę, trudnych do zidentyfikowania z takiej odległości, drobiazgów. Janusz usiadł tam gdzie stał i zaczął płakać. Zanim przyjechała straż, na jego oczach spłonął dom, stodoła, garaż, chlew i kurnik. Jednym słowem wszystko.
Kiedy straż już odjechała, Janusz w końcu wstał z ziemi i podszedł do żony, która przyciskała do siebie dzieci. Bez słowa ją przytulił. Zenek w tym czasie podbiegł do sołtysa i powiedział:
- Sytuacja trochę nieprzyjemna, ale trzeba by mu powiedzieć to, z czym przyszliśmy.
- Zostaw – sołtys Pazurek złapał Zenka za rękę. – Nie warto.
Ludzie wciąż stali i patrzyli na zgliszcza. Janusz tymczasem doczepił do ciągnika dwukołówkę, zapakował na nią mizerne resztki ocalałego dobytku, dzieci i żonę. Wsiadł do ciągnika i nie odwracając się odjechał z Wygnaniewa. Dokąd? Nikt nie wiedział. Słuch po Jaraśkiewiczach zaginął.

W Wygnaniewie skończyły się pożary. Zenek ze wszystkiego wyspowiadał się u księdza, z romansu z Krysią też, i zrezygnował z prezesowania straży. Sołtys Pazurek długo żałował, że wtedy nie wysłuchali Janusza, tylko od razu kazał wybrać nowego prezesa. Nie wydarzyłoby się tyle nieszczęść. Janusza nikt nie ścigał za podpalenia. Tylko ksiądz Bartosz powiedział w niedzielę na kazaniu, że trzeba być człowiekiem, wyzbyć się nienawiści i szanować bliźniego swego, jak siebie samego.

Dodatkowe informacje