Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Marek Stępień "66 DNI Z ŻYCIA ILONY S."

„ 66 DNI Z ŻYCIA ILONY S.”


Wrocław – niedziela, 2 stycznia 2011 r. godz. 20.34

Konfrontacja marzeń z rzeczywistością nie jest łatwa. Niestety „element baśniowy” wprowadzany przeze mnie w krwiobieg, regularnie od tygodnia, stracił swą magiczną moc. Czuję, że coraz bardziej grzęznę w psychicznym dołku. Z domu nie wychodzę od sylwestrowego wieczoru. Zupełnie przestali obchodzić mnie inni ludzie, podobnie jak ta cała wrzawa z fajerwerkami i krzykliwymi śpiewami na cześć nowego roku. Teraz jestem, gdzieś na peryferiach życia, na jakimś zakichanym bocznym torze. Zachłannie lgnę do ciszy, ale i tak nie mogę znaleźć sobie przyjaznego miejsca. Bez celu, półprzytomna obijam się z konta w kąt, jak dziki, przestraszony ptak złapany do klatki. Poza kilkoma rozmowami telefonicznymi z Tomkiem z nikim się nie kontaktuję. Jestem nieosiągalna!!!

Wrocław – poniedziałek, 3 stycznia 2011 r. godz. 10.17

Nie śpię od ponad godziny. Jestem półprzytomna. Pomimo podwójnej dawki proszków przeciwbólowych nadal mam w głowie „helikoptery”. Żołądek nie chce przyjmować niczego poza wodą mineralną niegazowaną. Z trudem człapię po pokoju, boli mnie wszystko. Czuję się jak smagana batem szkapa węglarza, z pełną furą w deszczu pod wiatr.
Godz. 14.10
Udzielam sobie nagany ustnej powtarzając kolejny raz, że w moim menu nie może przeważać, jak ostatnio, półwytrawne australijskie wino białe. Muszę się przełamać, chociaż trochę zjeść coś gorącego. W lodówce jest jeszcze cały kurczak, nietknięte gołąbki i barszcz czerwony. Może spróbuję zacząć od barszczu mimo całkowitego braku łaknienia. Koniecznie muszę też wyrwać się z domu, wyjść trochę na świeże powietrze. No właśnie! Spacer i rześkie powietrze dobrze mi zrobią.

Godz. 16.03
Przed chwilą wróciłam z parku i postanowiłam zapisać swoje przemyślenia zanim wylecą mi z głowy. 
1.Życie to nie tor wyścigowy pomiędzy kołyską, a cmentarną bramą.
2.Nie można od innych oczekiwać więcej niż od siebie. Nikt przecież nie może za nas wyspać się, nasycić głodu, przeżyć choćby minuty.
3.Nieustanne rozpamiętywanie trudnych chwil, rozdrapywanie ran niczego nie rozwiążą. Nikt nie obiecywał, że życie będzie nieprzerwanym pasmem radości, sielanką.  Ktoś dawno temu już słusznie zauważył, że „ciężko jest lekko żyć”. Zachowywanie się jak obrażone dziecko w piaskownicy z czasem przysparza tylko nowych problemów.
4.Świadomość nie tylko własnych uzdolnień, talentów, ale także popełnianych błędów, słabych stron, stwarza właściwe warunki do pracy nad sobą. Pułapką, w którą wpada wiele osób jest zbyt mocno pielęgnowana i ślepo szanowana wiara w własną nieomylność.

Wrocław – wtorek, 4 stycznia 2011 r. godz. 15.00

Powinnam tryskać radością, bo jutro o tej porze, tak jak chciałam przez ostatnie dni, będę już w Londynie. Tylko, tylko że … dzieje się to w dużym pośpiechu, na wariackich papierach. Nie wiem, pojęcia nie mam, co będzie dalej… jak poukładają się moje sprawy? Czy szybko znajdę jakąś pracę, względnie sensowną? Ile czasu będę mieszkać u Tomka zanim uzbieram pieniądze na własne lokum? To wcale nie wygląda kolorowo!!! Raczej nie widzę tego wariantu, byśmy zostali parą, chociaż budzi sympatię i może podobać się kobietom. Nie jest w moim typie. Niestety nie pociąga mnie. Właściwie, co ja o Tomku  wiem ??? Szczerze powiedziawszy niewiele. Historia naszej znajomości nie ma nadzwyczajnych, mocno wiążących nas wątków. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkiem pewnego lipcowego poranka w Pobierowie. Ten dzień był wyjątkowo nieciekawy, chłodny, dżdżysty, daleki od romantycznego. Mój mężczyzna akurat musiał przerwać urlop w związku z pilnymi sprawami zawodowymi. Byłam niesamowicie zła na cały świat, bo to był nasz pierwszy dłuższy wyjazd. Szłam opustoszałą plażą skrywając się pod parasolką. Nagle silny podmuch wiatru wyrwał mi ją z dłoni i wrzucił do wody kilkanaście metrów od brzegu. Wtedy pojawił się on i wskoczył w ubraniu do morza by ją wyłowić. Zrobił na mnie miłe wrażenie nie tylko z tego powodu. W jego twarzy było coś, co mówiło, że jest rozsądnym, poukładanym mężczyzną, z nutą fantazji. W krótkiej rozmowie wydał mi się inteligentny, dowcipny, a przy tym wyważony i bardzo taktowny. Nie próbował wykorzystać znakomicie nadarzającej się sytuacji, by się ze mną umówić. Los jednak miał swój plan, który szybko wprowadził w życie. Jeszcze tego dnia wieczorem znów się natknęliśmy na siebie w pewnej restauracji, gdzie wiele osób lubiło przychodzić, aby posłuchać znanych przebojów w zaskakująco przyzwoitym wykonaniu. Przez kolejne cztery dni, aż do końca mojego pobytu nad morzem, niezobowiązująco spotykaliśmy się w kawiarenkach, prowadząc różne sympatyczne rozmowy. Żeby sytuacja była całkowicie jasna, już na początku przemyciłam wprost informację o moim narzeczonym.  Przyjął to spokojnie o nic nie wypytując. Przy tej okazji nadmienił tylko, iż w przeciwieństwie do mnie, w tej dziedzinie nie ma się czym chwalić, bo jego kilkuletni związek właśnie rozpadł się miesiąc temu. Powiedział, że lubi obserwować i poznawać ciekawych ludzi, ich historie, ich opinie na różne życiowe zagadnienia, bo to mu pomaga w tworzeniu nowych tematów do pisania. Gdy zaczęłam pytać bardziej szczegółowo zwierzył się, że napisał kilka sztuk teatralnych oraz dwie książki.  Stwierdził, iż mimo podejmowanych, licznych prób, aby zainteresować kogoś  tą twórczością,  od  lat odbija się od ściany obojętności. W związku z nikłymi szansami na znalezienie pracy dzięki, której  miałby możliwość  zarobić potrzebne pieniądze na wydanie „swoich rzeczy”, w 2007 roku zdecydował się na wyjazd do Londynu. Dyplom wyższej uczelni na razie schował głęboko do szuflady. Doskonale go rozumiem. Też tak niedawno zrobiłam. Nie zdążyłam się zbytnio nacieszyć wyuczonym zawodem nauczycielki. Niespodziewanie zredukowano mnie w związku z cięciami budżetowymi w oświacie.

Niebo nad Morzem Północnym – środa, 5 stycznia 2011 r. godz. 14.17

Jestem jednym z ponad setki ludzików tkwiących w samolocie zawieszonym między niebem a wodą, całkowicie zdana na innych. Moje życie zależy od wiedzy i umiejętności pilotów, od konstruktorów tego żelaznego ptaka, od tuzina techników odpowiedzialnych za obecny stan, od kontrolerów lotu, no i sama nie wiem kogo jeszcze, nie zapominając o warunkach pogodowych. Różnice w gęstości powietrza sprawiają chwilami, że samolot ma nagłe skoki w dół, jakby był strącany w otchłań. Nie jest to mój ulubiony sposób spędzania czasu wolnego. Po cichutku modlę się o szczęśliwe lądowanie. Tak sobie myślę, że teraz jest właściwy moment, żeby odciąć mentalny garb z toksycznymi wspomnieniami, by wyciszyć sfermentowane myśli i zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy jest to w pełni możliwe??? Na lotnisku w Warszawie napisałam wiersz z optymistycznym zakończeniem. Oto jego treść:
Czasem smutek przytula mnie czule,
Do ogrodów prowadzi zadumy.
Tutaj szronem pokryte kwiaty,
Łakną słońca skrytego za chmury.
Z każdym krokiem ubywa światła,
Coraz bardziej jest mroźne powietrze
I dostrzegam krainę rozpaczy,
Jak łzy słone padają w niej deszcze.
Więc czym prędzej zawracam z tej drogi,
Co sił biegnę, by uciec z cienia.
Pragnę ogrzać zmarznięte dłonie,
Chcę zobaczyć znów błękit nieba.
Wreszcie jestem, gdzie radość przenika,
Gdy się tylko serce otworzy!
Pośród muśnięć złocistych promieni,
Życia rytm tu wiruje miłością.
Skrzydła szczęścia mi rosną u ramion
W chwilę później unoszą wysoko.
Chcę podzielić się tym uczuciem
Z całym światem – z każdą istotą.

Londyn – środa, 5 stycznia 2011 r. godz. 14.42 /słowa nagrane na dyktafon/

Od kilku minut jestem na lotnisku w Londynie. Robi naprawdę duże wrażenie. Jest znacznie większe niż przypuszczałam. W tym tłumie nieznanych mi osób, trochę niezdarnie skrywam zagubienie. Czuję jak ogarnia mnie nowy rodzaj obaw z tajemniczą aurą w tle. Niezbyt chłodną, ale wymuszającą zachowanie dystansu. Wyobraziłam sobie siebie, jako drobinę pyłu przeniesioną nagle tysiące kilometrów, w obce miejsce.

Londyn – czwartek, 6 stycznia 2011 r. godz. 11.34

Tomek pojechał rano do pracy. Nawet nie usłyszałam - kiedy wyszedł. Z tego wszystkiego, co mówił wczoraj, połowy spraw nie pamiętam. Zakodowałam tylko kilka podstawowych informacji, że klucze od mieszkania leżą na ławie obok laptopa, że kawy nie trzyma w tej samej szafce, co herbatę, żeby nie przenikały się zapachami, że zadzwoni z pracy koło południa. Czyli już nie długo!   Muszę go pochwalić… specjalnie wziął dzień wolny z pracy, żeby mnie odebrać z lotniska i zająć się wszystkim w domu. Czekał na mnie z pięknym bukietem kwiatów! Z myślą o mnie, jak żartobliwie zaznaczył, zrobił generalne porządki w mieszkaniu i wykupił połowę towarów żywnościowych w pobliskim markecie. Nie przypuszczałam, że będzie pamiętał, jakie specjały czekoladowe lubię najbardziej. Zgodnie z naszą umową telefoniczną zorganizował dodatkowo do spania gruby wygodny materac i dał mi szansę wyboru pomiędzy nim a swoją dotychczasową wersalką. Przypomniałam sobie wtedy rozmowę telefoniczną z przed kilku dni, co mi wówczas rzekł: „Tak jak powiedziałem, będziesz miała swoje osobne miejsce do spania i nie musisz się obawiać w tym względzie jakiejkolwiek zasadzki. To nie w moim stylu.  Z resztą trochę już chyba miałaś okazję poznać moje poglądy, odnośnie spraw bardzo osobistych.

 

Nota biograficzna

 

Marek Stępień- urodzony 3 maja 1958 r. w Cieplicach Śląskich Zdrój (obecnie - Jelenia  Góra). Od dziecka mieszka w Karpaczu. Z zawodu technik technolog drewna a także instruktor  do spraw organizacji imprez kulturalnych (Państwowe Zaoczne Studium Oświaty i Kultury Dorosłych w Wałbrzychu).

Dodatkowe informacje