Młodego N, wiecznie wspinającego się po drzewach, koledzy w dzieciństwie przezwali Tarzanem. Był niski, szczupły i potrafił szybko biegać w rzeczywistości i marzeniach. Po wielu latach mała N, powtarzała to samo, co tatuś. Ponieważ czytała dużo książek i budowała domki na drzewie, koledzy N nazwali ją córką Tarzana.
Zawsze, gdy wracała przez słoneczną i małą wieś ze szkoły, z stosem książek w plecaczku i na rękach, koledzy Tarzana już z daleka zauważali ją, mówiąc głośno - że wraca córka Tarzana ze szkoły i ciekawe, czego nowego się nauczyła. Od razu zatrzymywali ją przy ścieżce, witając ciepło i z dużym zainteresowaniem. Zaczynali wtedy z nią małe-wielkie dyskusje. Często im opowiadała o swoich ukochanych bohaterach literackich i politycznych. Oni wiecznie zadowoleni i zasłuchani sami zaczynali sięgać myślami do własnych wspomnień z dzieciństwa i młodości, opowiadając jej także długie i głębokie, pod względem piękna i życia, historie z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych. Czasem rozmowy trwały godzinami. Ojciec trochę zmartwiony faktem, że mała N jeszcze nie powróciła ze szkoły, wiedział dokładnie - gdzie ją szukać. Przychodząc po nią, zawsze dołączał do grona, wspominając razem ze wszystkimi swoje lata szkolne. Ulubioną historią dla niej była wielokrotnie i szczegółowo opisywana, i tak jakby się to działo naprawdę także w jej życiu, premiera sztuki w szybenickim teatrze. Występowali zawsze wszyscy razem. Zapach i pożółkłość czarno-białych fotografii, które jej za każdym razem chętnie pokazywali, wzbudzały blask i dumę w oczach. Obserwując na zdjęciu przystojnego i młodego wtedy ojca oraz jego kolegów, ubranych w garnitury lub w stroje ludowe - grających starych Dalmatyńczyków, przekonała się w zawsze mocno bijącym serduszku, że piękna i bogata przeszłość nieustannie powiewa głębokim wzruszeniem i wytacza drogę przyszłości, która często potem potrafi być nieprzewidywalna. Wszyscy potrafili pięknie śpiewać, lub deklamować jej na stojąco satyry o swoich wygłupach z dzieciństwa, które przeważnie rozgrywały się nad kanionem. Także głębokimi słowami męskiej liryki unosili się do wspomnień o pięknych dziewczynach z dawnej młodości. N uwielbiała najbardziej, gdy głosami słowików śpiewali jej piosenkę o wielkich i z szerokimi skrzydłami, jak bezchmurne dalmatyńskie niebo sokołach i orłach, przelatujących zawsze wysoko znad kanionów rzeki Gudući i legendarnego jeziora Prokljanskiego. Do dnia dzisiejszego ojciec jej chętnie śpiewa oraz gra na organkach, gdy się spotykają. Ale już bez swoich kolegów, którzy albo nie żyją albo są rozsiani na zawsze w dalekim świecie. N miała trzech ukochanych kolegów ojca. Z jednym poruszała tematy o piłce nożnej. Był zagorzałym fanem chorwackiego klubu Hajduk ze Splitu. N jednak wolała Crveną Zvezdę z Belgradu, tak jak większość. Po każdym meczu tych dwóch drużyn N toczyła dyskusję z kolegą taty B. Najczęściej było tak, że jego drużyna przegrywała. Przecież, kto wtedy tak naprawdę wygrywał z Crveną Zvezdą! Pamięta jego wywody. Często ze smutkiem opowiadał, że Hajduk w danej chwili mógł strzelić gola. Wielokrotnie zadawał pytanie, dlaczego Hajduk musiał przegrać z Crveną Zvezdą. N spokojnie go wysłuchiwała, tak jakby w gabinecie psychologicznym. Nie, nie śmiała się z porażek jego ulubionej drużyny, chociaż w duszy cieszyła się z wygranej, a przede wszystkim z tego, że jej ukochany piłkarz Dragan Stojković Piksy znowu strzelił kilka goli. Często sobie robiła fryzurę podobną do Dragana, z lekką czupryną wystającą do przodu.
Drugi kolega, też B, opowiadał jej o swoich wizjach filozoficznych i politycznych, a trzeci, Z, o prawach człowieka. N nigdy nie chciała o tych dyskusjach mówić nikomu bezpośrednio.
W szkole, podczas przerwy lekcyjnej, mała N często nie schodziła z drzewa cyprysowego, albo siedziała długo w bibliotece, co pozostałym dzieciom strasznie przeszkadzało. Donosili do nauczycielki, że córka Tarzana coś za długo siedzi w bibliotece i nie bawi się z nimi. Nudzili się bez niej. Gdy schodziła z wysokiego drzewa lub wychodziła z biblioteki, dzieci były przeszczęśliwe. Prawdziwa zabawa dopiero wtedy się zaczynała. Żyjąc w świecie bohaterów literackich, mała N miała zawsze dużo fajnych pomysłów na dziecięcą grę, a także na biznes. Najlepsze pomysły na dobrą zabawę czerpała z książki "Tata, ti si lud" (Papa, You're Crazy) Williama Saroyana. Podwórko szkolne wybuchało śmiechem dziecięcej beztroski oraz rozbrzmiewało z okrzykami radości, dzięki długiej i udanej grze. Ale już rok przed zbliżającą się wojną domową, córka Tarzana postanowiła zająć się wymianą handlową. Robiła to z powodu gorzkiej złości. Z zemsty zmuszała potem ojca Tarzana, by jej kupował na prawosławnych odpustach lub na szybenickiej targowicy flagi i znaczki serbskie i chorwackie. Na szkolnym podwórku, pod największym cyprysem, zrobiła swoje stoisko. Jej nacjonalistycznemu koleżeństwu odbijała palma na punkcie souvenirów, które miała w swoim posiadaniu. Ze wszystkimi się chętnie wymieniała. Prawdziwy biznes dopiero się rozkręcał. Najczęściej koledzy, a także niektóre koleżanki z obu stron, nie odchodziły od niej, dopóki nie zhandlowały chorągiewki lub znaczka. Za jedną małą flagę z papieru, córka Tarzana wybierała najlepsze kredki, długopisy lub słodycze u swojego zaślepionego przez nacjonalizm koleżeństwa. Płynąca w niej także krew żydowska, dużo jej pomogła w udanej wymianie. Potem cały utarg rozdawała małym dzieciom z sąsiedztwa. Wymiana handlowa trwała do wybuchu prawdziwej wojny, która w córce Tarzana także wzbudziła kolejne pomysły. Podczas bombardowania jej wioski przez Chorwatów córka Tarzana postanowiła się buntować przeciwko działającym jej zawsze na nerwach i ślepych na przyszłość, serbskim nacjonalistom. Na swoich białych adidasach wypisywała różne hasła: Niech żyje Chorwacja! itd. Nie mogła już znieść długiej wojny i strachu oraz naiwnego podejścia do polityki i życia. Gorliwi serbscy nacjonaliści często za to chcieli ją wyrzucać z piwnicy, podczas deszczu pocisków. Ojciec Tarzan im się przeciwstawiał, stojąc zawsze po stronie córki. Zimą 1993 roku, podczas nieustannego bombardowania wioski, każdej nocy Tarzan w piwnicy pocieszał małą i wystraszoną N, opowiadając jej bajki o rosyjskiej stodole.
- Wiesz, córko moja kochana, w tej rosyjskiej stodole nie trzymają nawet koni dla cara, lecz same kurczaki.
- A dużo ich tam jest? – zapytała się zasłuchana córka Tarzana.
- Czy pamiętasz, jak ci mówiłem, ile jest nas naiwnych Serbów?
- Mniej – więcej. A kto należy do amerykańskiej stodoły?
- Nie będę ci tego nawet mówił.
Bajka miała często długie i bogate życie oraz różnorodne zakończenia. Czasem trwałaby do świtu. Ojciec Tarzan zmęczony pytaniami zadawanymi przez córkę, usypiał, a ona obok niego wpatrywała się w sufit, odliczając czas od wybuchu do spadnięcia rakiety na ziemię, czego ją wcześniej nauczył. Często dobrze potrafiła obliczyć prawdopodobieństwo spadnięcia rakiety. Gdy zbliżała się do ich domu budziła ojca, żeby mu o tym powiedzieć, a on i tak spał dalej, ponieważ rano musiał wyjeżdżać na pierwszą linię frontu. Kiedy rakiety zaczynały już przelatywać bardziej na północ, córka Tarzana zamykała oczy. Rano niewyspana, jednak chodziła do szkoły. Lekcje były skrócone w ramach bezpieczeństwa, ale to nie przynosiło dobrych rezultatów. W szkole najbardziej nie lubiła pewnego nauczyciela, ponieważ niczego jej nie nauczył. Na każdej lekcji opowiadał historyjki o matce Rosji, co wzbudzało w małej N straszną nudę i sen. Przychodziła po to do szkoły, by się przecież czegoś nauczyć. Często nawet w piwnicy szkolnej, podczas nalotów, nauczyciel pocieszał wystraszoną młodzież nudnymi opowiastkami o wspaniałej rosyjskiej polityce. Pod koniec roku szkolnego była strasznie zła na niego za jego nieustanne opowieści o Rosji i Jelcynie, a przede wszystkim za brak wiedzy. Z nerwów wtedy podniosła na ławkę swoje adidasy z hasłami prochorwackimi. Nauczyciel był zdenerwowany takim postępowaniem.
- Proszę wyjść! – krzyczał.
Zapamiętując dobrze słowa ojca Tarzana, córka zaczęła się buntować.
- Chętnie wyjdę! – odpowiedziała zła - To nie jest szkoła, to jest rosyjska stodoła! Przez takich jak pan wszyscy giniemy! Przychodzę w strachu do szkoły, żeby się także czegoś nauczyć. Jaki mądry nauczyciel słucha pijanego Jelcyna?
Zdenerwowany nauczyciel krzyczał na nią, udowadniając przesadnie, że on nie jest panem, lecz towarzyszem. Ona uparcie mu mówiła przez pan - czego wcześniej ją nauczyli nauczyciele w jej dawnej szkole.
- Idę! Chodzę do szkoły w nerwach i strachu, by się uczyć, a przede wszystkim nie wąchać dymu tytoniowego, a pan przez cały czas pali w klasie upojony własnymi opowiastkami o ojcu Jelcynie – pozostawiając szeroko otwarte drzwi od klasy głośno krzyczała przez cały korytarz - Jelcyn to pijak! Jelcyn to pijak! Jelcyn to pijak!
Tarzan dowiedziawszy się o tym, następnego dnia poszedł do szkoły, by uspokoić syna Rosji.
Pewnego słonecznego lata N zaczęła dostrzegać, że młode drzewa koło jej wojennego iks domu już się nadają do dobrej wspinaczki. Serbskim nacjonalistom, często przechodzącym ścieżką obok, puszczała z magnetofonu na baterie prochorwackie piosenki. Pewnego dnia młody Serb z sąsiedztwa wspiął się na drzewo po kryjomu, żeby ją porządnie zbić, a tak na prawdę nie do końca. Córka Tarzana zaskoczona rzucała w niego magnetofonem i dojrzałymi owocami migdałowymi, a on wtedy upadł mocno na ziemię z siniakiem na czole. Zmartwiona tym wszystkim, skoczyła z drzewa, żeby się nim zaopiekować. Podczas gdy on udawał stan głębokiego omdlenia, ona próbowała dotknąć jego mocno poranionego czoła. Nagle otworzył szeroko swoje straszące ją oczy, w dość dziki sposób objął i ucałował. Potem przez długi czas chodzili ze sobą. Często spotykali się na drzewie migdałowym za murem, całując się i śmiejąc jak wariaci.
N na drzewach czasem potrafiła się zdrzemnąć. Miała wtedy przeróżne sny. Często jej się śnił jeden ten sam motyw - o macicy kosmosie, do której się leci rakietą, a w tym czarnym i gwieździstym kosmosie dokonywane są różnorodne badania. Wiedząc od małego, że nie będzie mogła Tarzanowi urodzić wnuków, prześladowały ją sny o zniewolonych dzieciach. Będąc dobrym duchem w przerażającym śnie, ratowała zawsze małe dzieci testowane przez dziwnych naukowców. Podczas wojny wymyślała maluchom z sąsiedztwa zabawy i czytała im bajki. Dniami rysowała dla nich laleczki z papieru, nie wychodząc zbyt często z pokoju. Cała gromada dzieci stała przed jej domem niecierpliwie, czekając na gotowe rysunki. Wspólnie z nimi potem projektowała ubranka dla lalek, piekli razem ciasta z byle czego, bawili się z pieskiem na łące, który potem został sam na łańcuchu; kąpali się w strumykach i źródłach oraz wspinali po drzewach. Jej ukochane migdałowce zostały wtedy znienacka zbombardowane. Była zła na Boga, że zabiera jej wszystko po kolei, a nawet drzewa. Postanowiła zejść na ziemię, co wzbudziło w niej potworny i długi płacz. Dochodziła wtedy do różnych wniosków: że ziemia jest okrągłym chaosem i bez drzew życie traci piękno.
Tęskniła za swoim koleżeństwem chorwackim i wspólnymi wygłupami na drzewach i nad brzegiem rzeki, dzielącej ich sąsiednie wioski. Często razem polowali na żaby i łowili ryby, albo rzucali się nawzajem przez rzekę dojrzałymi pomidorami, rosnącymi w ogródkach. Pisali potem do siebie listy przez UNPROFOR. Przed wojną często ją bronili przed chorwackimi nacjonalistami oraz przed wiecznie gorliwym i gotowym do prowokacji Š. Teraz, kiedy spotykają się po dwudziestu latach, są najszczęśliwsi na świecie. Po powrocie do Chorwacji w 2002 roku, , w urzędzie rozpoznała swoją dawną chorwacką miłość. Oboje siedzieli w kolejce czekając na dowody osobiste. Patrząc sobie głęboko w oczy, zaczęli się rumienić. Na początku nie wiedzieli, jak do siebie się zbliżyć, ale szybko zaczęli się głupkowato uśmiechać oraz powtarzać szkolne wygłupy. Ona Serbka, a on Chorwat - strach jeszcze pozostał. Wracając do stojącej kolejki, udawała, że jej wypadł paszport z torebki, a on siedząc dalej na krześle rzucił długopis pod jej nogi. Podniósł jej paszport, a ona jego długopis.
- A, to ty? - zapytał rozmarzony.
- A to, ja.... - odpowiedziała zarumieniona.
Rozmowa szybko się rozkręciła. Szczęśliwi poszli razem na kawę do nadmorskiej restauracji, a potem codziennie popołudniu spotykali się na plaży. Teraz często piszą do siebie listy, wspominając czasy szkolne i wojnę. Byli i nadal są najlepszymi szpiegami. On po stronie chorwackiej, a ona po stronie serbskiej. Pamiętała, gdy Serbowie palili jego dom. Teraz dawna chorwacka miłość córki Tarzana szpieguje po chorwackich i serbskich wioskach, poszukując skradzione rzeczy z jej domu. Ostatnio rozpoznał szufladę z jej pokoju w jednym z wiejskich domów, pstryknął fotkę i wysłał jej na maila. Tarzan po kilku dniach zadzwonił do córki, żeby ją powiadomić, że szuflada powróciła do jej pokoju.
Ojciec Tarzan córce często mówił jej przeróżne komplementy, pisał o niej satyry i wiersze, a ona o nim. Nieustanna wymiana satyr i wierszy trwała od zawsze. Najbardziej ją denerwuje satyra, która powstała w dniu jego 50 - tych urodzin. N postanowiła wtedy upiec mu ciasto. Zamyślona siedziała koło piekarnika przez dwie długie godziny, a Ojciec Tarzan to wszystko chętnie obserwował. Po dwóch godzinach głębokiej analizy życiowej, córka Tarzana zauważyła, że ją dym szczypie w oczy. Otwierając szybko piekarnik i patrząc na ciasto, które już wyglądało jak czarny węgiel, N usłyszała w tym samym czasie wybuchy śmiechu dochodzące z sąsiedniego pokoju. Przez chmury dymu wyłaniał się ojciec Tarzan, czytając rymowaną satyrę o córce, ciastkach i swoich spalonych urodzinach. Córka dobrze zapamiętała ten wiersz, gdyż ojciec jej recytował do ucha. Komplementy ojca Tarzana były często ważne w życiu już dużej N. W dwudziestym roku życia, gdy schudła jak czapla, ojciec jej powiedział coś pięknego i śmiesznego:
- Wyglądasz jakbyś wypadła z ikony, ale za to nogi masz krzywe jak matka. Chodź do tatusia, to cię nauczę chodzić! Albo nie, jak Pan Bóg tego nie wyprostował na samym początku, to ja też nie dam rady, napiszę ci wiersz.
N uwielbiała zawsze czytać ten śmieszny i wzruszający wiersz, przebywając potem miesiącami w szpitalu. Myślała wtedy dużo o Dalmacji. Po wyjściu ze szpitala i po jedenastu latach tułaczki, pojechała na południe. Była przekonana, że powrót do Dalmacji ją uzdrowi, ale jednak nie. Podczas podróży pociągiem wpatrywała się we wszystkie czeskie i słowackie rzeki i jeziora, ale gdy ujrzała węgierski Balaton i drzewa rosnące dookoła niego, pomyślała wtedy życzenie. Ojciec Tarzan na urodziny córki zasadził sad oliwny, do którego dziś chętnie spaceruje. Chorwacki Czerwony Krzyż przypuszczał, że w tych okolicach znajdują się miny. Ojciec jednak wiedział od zawsze, że tam min nigdy nie było. Sad ma tyle drzew ile córka Tarzana ma lat. Każdego roku, w dniu jej urodzin, ojciec Tarzan dosadzał kolejne sadzonki. Szlak do gaju oliwnego utarł właśnie on, żeby N mogła, mimo wszystko bezpiecznie po nim spacerować. Teraz N czeka na chwilę, kiedy sadzonki urosną, aby móc potem zrywać owoce do własnego oleju i sałatek, a przede wszystkim wspinać się po drzewach. Droga do sadu wzbudza w córce Tarzana dawne wspomnienia. Przechodząc koło winnicy ojca i krzewów fig zawsze przystaje na długą rozmarzoną chwilę, by przypomnieć sobie swoją dawną sympatię. Jeden z nich akurat w tym miejscu nauczył ją strzelać z kałasznikowa. Delikatny wiatr tamtędy często powiewa z Adriatyku, akurat na tych dużych skałach koło winnicy można go najgłębiej poczuć. Pewnego lata, drzemiąc pod figą pośrodku winnicy, przekonała się głęboko w duszy, że pomimo wszystkich głębokich ran i ciosów, które jej zadali w młodości, to najpiękniej i najbardziej żarliwie kochali ją Południowcy. Jeden z nich, z powodu jej nieodwzajemnionej miłości, postanowił wyjechać na front i tam tragicznie zginął. Do dnia dzisiejszego często widzi jego rozpromieniony uśmiech albo ledwo poukładane części ciała w trumnie bez głowy. Nikt tak delikatnie nie podchodził do niej jak on, ale ...
Wychowana przez bałkańskich szowinistów, córka Tarzana w dalekim świecie zawsze dobrze wiedziała, co mężczyznom w głowie leży. Mężczyźni jej jednak nigdy nie dogonili. Faktem jest, że niektórzy bałkańscy szowiniści zbombardowali jej ukochane drzewa i na jakiś czas zabili duszę, dziś już zbyt spokojna córka Tarzana odnalazła swoje nowe ukochane drzewo w gaju oliwnym.
W Karpatach 2011 roku